POLUZONE II… Dzień III – Bębny/Bas

Dzień trzeci rozpoczął się również pracowicie. Poruszyliśmy z Robertem kilka perkusyjnych i życiowych tematów, co wzbogaciło nasz warsztat wiedzy. Od strony życiowej, Robert powiedział nam żeby bębny traktować jako przyjemną część naszego życia, a nie jako całe nasze życie, ponieważ kiedy zbyt serio traktujemy nasz instrument i coś nam nie wychodzi, wpadamy w frustrację i wtedy życie nas nie cieszy i wszystko co nas otacza. Kiedy jedna traktuje się bębny z dystansem co nie znaczy ( nie profesjonalnie ), wszystko wokół cieszy nas bardziej, życie, rodzina, przyjaciele, inne pasje itd. Osobiście przerobiłem etap „zbyt serio”, „frustracje” itp., co odbijało się często na moich bliskich i potwierdzam że nie warto. Można być świetnym muzykiem, traktując to z dystansem i wtedy jesteśmy bardziej szczęśliwi z grania i z tego co nas otacza ;-)…

IMG_0091

Po bardzo przyjemnych rozmowach zajęcia połączyły się ćwiczyliśmy bębny z basem.

Zajęcia były bardzo udane, ponieważ Robert z Piotrem są świetną sekcją rytmiczną i to przełożyło się na bogate zajęcia. Sens wspólnego grania polegał na tym, aby poczuć jak grać groove w sekcji, jak być razem, do tyłu czy do przodu, ale razem i co ważniejsze, bas powinien być klejem dla bębnów, odwrotnie to nie działa!

Popołudniowe zajęcia odbyły się w sali teatralnej, gdzie codziennie odbywały się zajęcia zespołowe. Pracowaliśmy nad groovem grając w zespołach i Jabłko wyciągał z nas maksimum możliwości, które w każdym z nas drzemią. Kiedy sprzęt został podpięty, wszystkie zespoły nagrywały swoją wersję utworu Need Somebody, a że stres był ogromny, to nagrania wyszły bardzo kolorowo ;-)… W sumie było 10 wersji plus 11 Poluzjantów i chyba nie muszę wam mówić, która wersja była najlepsza ;-)… Na szczęście wszystkie wersję przesłuchiwaliśmy w kolejnym dniu warsztatów ;-)…

Warto było się spocić podczas nagrywania, żeby posłuchać swoich słabych stron i wiedzieć dzięki temu, bo jest dobre a co trzeba poprawić, żeby było profesjonalnie!

Nagrywanie siebie bo bardzo kluczowa sprawa dla każdego muzyka, żeby poprawiać swoje błędy, precyzję, dynamikę, jakość grania, time, brzmienie itd…

IMG_0111

 

Materiał przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: archiwum Paweł Larysz

POLUZONE II… Dzień drugi – Groove!

IMG_0090

Dzień drugi rozpoczął się już z Robertem Lutym, który dotarł do nas szczęśliwie po przywitaniu jego syna, który przyszedł kilka dni temu na świat!

Współpraca z Robertem to absolutna przyjemność i tak właśnie było drugiego dnia na porannych zajęciach.

Standardowo jak praktycznie na każdych warsztatach, każdy z nas zagrał na zestawie, aby móc znaleźć nasze słabe strony, dzięki temu, Robert pomagał nam poprawiać niuanse, które pozornie nie mają znaczenia, ale kiedy przyjrzymy się temu bliżej, to okazuje się, że jeszcze wiele do poprawienia w naszym warsztacie, bo sami nie słyszymy słabych stron…

Dlatego bardzo ważną opcją jest nagrywanie siebie, audio lub video, dowolnie, żeby móc analizować swoją grę i poprawiać, poprawiać, poprawiać aż dojdziemy do perfekcji. Nagrywanie to najlepsza metoda pracy z samym sobą i w zespołach również, wtedy wychodzą nieprawdopodobne plamy.

Poruszyliśmy wiele aspektów, które są bardzo ważne dla perkusisty, m.in., naturalność, która dla muzyka jest najważniejsza, od pozycji za bębnami, która jest dowolna, aż po styl który gramy. Krótko mówiąc, trzeba być prawdziwym w tym co robimy, bo udawanie czy udowadnianie, że jesteśmy „zajebiści” w czymś czego nie czujemy, ma krótkie nogi.

Kolejną, bardzo istotną dla perkusistów i myślę ogólnie muzyków, to podejście do instrumentu i traktowanie go z odpowiednim dystansem, jako przyjemność, a nie przymus. Trzeba pamiętać o tym, że perkusja to nie całe życie, że są jeszcze inne przyjemne przedmioty i podmioty na świecie, które dają dużo radości. Kiedy zbyt poważnie traktuje się instrument, pozostałe rzeczy nie cieszą tak bardzo jak powinny, a więc na luzie i bez spinania się, żeby muzyka cieszyła, a nie była najważniejszym obowiązkiem bez którego nie można żyć!

IMG_0091

Na koniec porannych wtorkowych zajęć przyjęliśmy na klatę to, że perkusja to nie jest instrument solowy tylko akompaniujący, który jest uzupełnieniem dla zespołu, a nie numerem jeden w zespole. Muszę przyznać, że pierwszy razem usłyszałem tak cenną uwagę na warsztatach, bo nigdy wcześniej o tym nie słyszałem i kiedy zaczynasz myśleć w ten sposób, to zmienia się całokształt twojego grania w zespole, nagle zaczynasz zwracać uwagę na rzeczy, których wcześniej nie zauważałeś i to jest piękne.

Każda minuta spędzona z Robertem jest bezcenna i warta poświęcenia, bo wychodzi się z jego zajęć bardzo spełnionym człowiekiem i muzykiem, ale nie tylko z Robertem, bo cały zespół jest niesamowity i daje tak solidny warsztat, że grając prosty groove przez godzinę pod ich okiem, jesteś bardziej spocony niż po godzinnym metalowym koncercie ;-)…

No dobra, może nie tak bardzo, ale podobnie ;-)…

IMG_0099

Praca w zespołach podczas po południowych zajęć ;-)…

 

Przygotował: Paweł ‚Mr sticky’ Larysz

Zdjęcia: archiwum Paweł Larysz

www.poluzone.pl

POLUZONE II 2016 – Absolutny Profesjonalizm!

  Rzadko mi się to zdarza, bo coraz rzadziej zostaję zaskoczony, może to już z racji doświadczenia, lat na scenie, zaliczonych warsztatów, koncertów itp., ale tym razem stało się i dzięki wyjątkowej atmosferze, którą panowie Poluzjanci wprowadzili od pierwszej sekundy pojawienia się na sali, od razu urodziła się we mnie spontaniczna myśl, że gdy tylko wrócę do domu, to napiszę jak było, bo nie mogę przejść obojętnie koło takich zajebistych warsztatów, dlaczego? Ponieważ już po pierwszym dniu rozbolała mnie głowa od wiedzy, którą chłopaki przedstawili nam klarownie, czysto, czarne na białym, prosto i profesjonalnie, a więc piszę… nie od razu po powrocie, ale z samego rana po głębokim śnie, a w sumie to samo się piszę, pióro elektroniczne sobie płynie…

13912566_1154819411248903_1468249428822248481_n

Poluzone II rozpoczęte i od samego początku towarzyszą tym wspaniałym warsztatom ogromne emocje, które z moich obserwacji, z minuty na minutę, nabierają coraz większej siły ;-)… Za organizację tak profesjonalnych warsztatów brawa i gratulację należą się dla: Basia Janyga i Roman Jońca.

W niedziele o godzinie 18 w Jazz Clubie, rozpoczęły się warsztaty i już w ten wieczór można było jamować do woli ;-)… Niestety nie mogłem być w ten dzień, ale informacje rozchodzą się bardzo szybko więc szybko dowiedziałem się co się działo. Jak to w pierwszy dzień, wszyscy wszystkich obserwują, poznają, tworzą sobie solidny grunt pod nogami, a dopiero na drugi dzień otwierają się całym sobą i rzeczywiście ta było ;-)…

W poniedziałek czyli wczoraj o godzinie 10;00 ( przypomnę, że Poluzjanci nie uznają spóźnień ), a jeśli ktoś się spóźni, to płaci karę, a więc myślę że dzisiaj wszyscy będą już punktualni na zajęciach grupowych i zespołowych, chyba że będzie to 10:14! Od razy wytworzyła się magiczna atmosfera, którą stworzyli Poluzjanci, więc cały stres który towarzyszy warsztatowiczom na początku, zniknął zaraz po oficjalnym rozpoczęciu.

Na oficjalnym otwarciu, rozmawialiśmy o ogóle życia i pracy muzyka, nad czym będziemy pracować, na co zwracać uwagę, jak ważna jest świadomość tego co gramy, świadomość instrumentu by móc wnosić poprawki w swoje granie, nagrywanie itp. ( napiszę o tym więcej gdy już będziemy po pierwszych wspólnych graniach i poprawkach ).

Po oficjalnym otwarciu, rozeszliśmy się na zajęcia indywidualne do wyznaczonych sal, a więc basiści i perkusiści udali się do Jazz Clubu i wczoraj wyjątkowo zajęcia sekcji rytmicznej poprowadził Piotr Żaczek ( bas ), ponieważ Robert Luty został Tatą ( wcześniej niż się tego spodziewał ) i musiał wrócić na chwilkę do domu, więc nie mógł być z nami wczoraj, ale będzie już dziś więc grupa perkusji nie może się doczekać ;-)…

Zajęcia z Piotrem były bardzo przyjemne, tym bardziej że rozmawialiśmy ogólnie, każdy z nas się przedstawił i opowiedział krótko o sobie i swojej dotychczasowej karierze muzyka. Czasu mieliśmy nie wiele, więc poranne zajęcie zakończyliśmy na moim pytaniu do Piotra – „Nad czym skupiasz się, gdy pracujesz z perkusistami, na co zwracasz uwagę w ich grze”? W odpowiedzi na moje pytanie, Piotr zaprosił jednego z uczestników za bębny i zagrał z nim kilka przykładów, aby pokazać nam jak wygląda jego praca z perkusistą.

Hmm… Wystarczyło kilka dźwięków i już wiedziałem gdzie jestem i dlaczego wybrałem się na te warsztaty ;-)…

13680607_1154819684582209_1108512848943994509_n

Zajęcia po południowe rozpoczęły się o godzinie 15:30 w sali teatralnej, gdzie będziemy pracować zespołowo przez cały tydzień.

Dla mnie był to bardzo cenny wykład z rozpisywania kwitów czyli jak prosto i skutecznie rozpisać kwity dla kolegi czy zespołu, z którym mam zagrać koncert!  Ten wykład nie należał do najłatwiejszych ( szczególnie dla niektórych ), ale był bardzo bogaty, szczegółowy, dopieszczony w detale, ale zarazem prosty i bardzo czytelny dla wszystkich, nawet dla człowieka, który w ogóle nie zna zasad harmonii…

13901430_978450098918857_4191583374052834162_n

Każde warsztaty dają nam rozwój, tylko trzeba w nie uwierzyć i podejść do nich profesjonalnie i z pasją!

Tyle się nauczysz ile dasz siebie, więc jeśli ktoś jeszcze nie ogarnia po co jest na tych warsztatach, to czas się obudzić, bo głowa od wiedzy będzie boleć coraz bardziej ;-)…

Dzisiaj kolejny dzień wrażeń, ćwiczeń, ogromnej wiedzy, więc zbieram się bo czas ucieka! Jutro rano kolejny wpis bez cenzury ;-)…

 

Przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: archiwum Andrzej Pokuta.

 

James Stewart – metal to moje życie!

          Jest jednym z ekstremalnych perkusistów metalowych, którzy nie oszczędzają w ilości uderzeń i nie znają ograniczeń prędkości, nie obowiązują ich żadne znaki ani zasady. Kieruje się tym, co czuje i bezwarunkowo realizuje swoją pasję, grając na małych i wielkich scenach na całym świecie.

Z drugiej strony, obecność James’a w naszym kraju, potwierdza światową jakość polskiej sceny metalowej i zespołów, które reprezentują nas na całym świecie. James obecnie współpracuję z zespołem Vader, pracuje sesyjnie, prowadzi warsztaty i indywidualne lekcję.

Osobiście mówi, że czuje się w naszym kraju wspaniale, a ludzie, których spotyka, są dla niego bardzo przyjacielscy i pomocni.

Hmm… rozmawiając z Stewartem, byłem bardzo zaskoczony jego pozytywną opinią o naszym kraju, kulturze, ludziach i wielu innych aspektach, bo mimo iż przebywam w towarzystwie pozytywnych ludzi, nadal od czasu do czasu trafiam na tzw.  polskie marudy, które wręcz pożerają swoim smutnym podejściem do naszego kraju…

Dlatego cieszę się, że coraz więcej zagranicznych muzyków, perkusistów, zespołów przybywa do nas  z okazji tras, warsztatów czy na stałe, bo im się tutaj podoba. Tacy ludzie zmieniają naszą mentalność i postrzeganie Polski.

Tak więc Stewart to fajny gość, i wychodzi na to, że Wielka Brytania nie jest zasypana tylko dumnymi bufonami, ale też sympatycznymi ludźmi, którzy wnoszą pokój w ten zwariowany świat.

Zresztą, sami przeczytajcie i poczujcie tą pozytywną energię, którą Stewart w sobie nosi…

2

Dlaczego przyjechałeś do Polski, co takiego przyciągnęło cię do kraju, gdzie ludzie ciągle narzekają i są wiecznie niezadowoleni?

Do Polski pierwszy raz przyjechałem w 2010 roku. Zostałem zaproszony do zagrania z zespołem Crionics z Krakowa. I muszę przyznać, że zawsze udaje mi się spotkać przyjaznych ludzi, więc dotychczas jeszcze nie spotkałem tej marudzącej części, o której wspomniałeś.

Obecnie mieszkasz w Polsce czy Wielkiej Brytanii?

Obecnie mieszkam w Wielkiej Brytanii.

Jesteś niesamowitym perkusistą i uważam, że z łatwością mógłbyś grać w każdym zespole na tym świecie, ale ty wybrałeś Vader, dlaczego?

Vader mnie o to poprosił. Zawsze byłem fanem tego zespołu i pomyślałem, że styl mojej gry mógłby zasilić ten zespół. Włączyłem płytę, którą dostałem do przesłuchania, żeby przygotować się do wspólnego grania. Minęło już 5 lat od tej chwili i wciąż tu jestem, z czego bardzo się cieszę.

Jak to się stało, że dołączyłeś do Vader, przypadek?

Spotkaliśmy się na trasie, kiedy supportowaliśmy Vader z moim trash metalowym zespołem Divine Chaos. Poznałem chłopaków, a później zostałem zaproszony do Polski w trasę z zespołem Crionics. Dzięki temu poznałem bardzo dużo ludzi i między innymi dołączyłem do zespołu.

Death metal nie jest twoim priorytetowym stylem i przed dołączeniem do Vader obracałeś się w innym stylu. Opowiedz o tych zmianach, czy przyszło ci to lekko czy musiałeś włożyć jeszcze więcej ciężkiej pracy, żeby poradzić sobie technicznie w speed metalowym zespole?

Mój ulubiony styl to absolutnie metal! Nigdy nie mam go wystarczająco dość. Oczywiście świetnie się bawię, grając electro, jazz-fusion, progressive metal itp. Staram się grać w różnych stylach, ale metal jest moim stylem numer jeden! Muzyka Vader, jest zdecydowanie szybsza od tej, którą grałem wcześniej. Na początku było to dla mnie wyzwanie, żeby uzyskać prędkość, ale to była tylko kwestia praktyki i cierpliwości! Kolejnym wyzwaniem jest utrzymanie wysokiej formy, dla siebie  jak i również dla publiczności.

6

Często oglądam twoje filmy na youtube i facebook i podziwiam twoją prędkość, technikę, wyczucie z jakim grasz, twoja gra jest niesamowita. Jak długo pracowałeś nad prędkością?

Przede wszystkim, zawsze trenuję blasty, bo jeśli zrobię sobie przerwę choć na chwilę, to od razu odczuwam spadek formy. Na początku robiłem to codziennie po godzinie, a teraz staram się ćwiczyć chociaż 20 minut dziennie, żeby zachować stabilną formę i robię już tak od pięciu lat. Staram się nie myśleć tylko o prędkości. Moc i precyzja są znacznie ważniejsze, a szybkość przyjdzie z czasem.

Czy posiadasz jakieś wyszukane ćwiczenia w swoim zeszycie ćwiczeń?

Oj dużo! Ale przede wszystkim dbam o ćwiczenie blastów. Po drugie praca nad utworami, kiedy są trudne, aż do momentu, gdy stają się łatwe. Wtedy szukam kolejnych trudnych utworów i powtarzam ten zabieg.

Jak jest różnica między polskimi a brytyjskimi zespołami, co ich różni od siebie?

Chciałbym podkreślić, że zauważyłem wiele różnic i to jest niesamowite. W Wielkiej Brytanii jest większe parcie na hardcore, a w Polsce myślę, że black/death metal. Zauważyłem również że polskie młode zespoły bardzo dużo grają, jeżdżą w trasy koncertowe, a w Wielkiej Brytanii nie podróżują tak dużo. Myślę że podstawowym powodem jest to, że Wielka Brytania jest o wiele mniejsza od Polski.

Czy obecnie grasz tylko w Vader czy masz na tyle wolnego czasu, żeby grać jeszcze w innych zespołach?

Vader jest dla mnie najważniejszym zespołem i na nim skupiam całą moją energię, ale staram się współpracować z innymi zespołami, jeśli mam na to czas. Obecnie współpracuję z zespołami Corruption i Sceptic z Polski oraz z Divine Chaos z Wielkiej Brytanii.

4

Czy myślisz, że Polska to odpowiedni kraj do tworzenia kariery muzycznej metalowej?

W pewnym sensie tak! Ja mam szczęście grać w popularnym zespole, więc z tego powodu moja kariera w Polsce rozwija się prężnie. Oprócz koncertów, udzielam dużo lekcji, nagrywam sesyjnie, więc jestem bardzo zajęty.

Jestem ciekaw jakie jest twoje zdanie na temat metalowego świata w Polsce, mam na myśli zespoły, muzycy, fani?

Polska scena metalowa jest bardzo popularna na całym świecie, dzięki takim zespołom jak Decapitated, Behemoth i Vader, więc jest to ogromny powód do dumy i ma to wpływ na ludzi na całym świecie. Podobnie jest w Norwegii czy Szwecji. Jest to naprawdę wielkie osiągnięcie!

Ok! Porozmawiajmy o polskim jedzeniu, kulturze, ludziach. Co cię najbardziej urzekło?   

Po pierwsze, kocham polskie jedzenie!!! Mam słabość do pierogów, uwielbiam również barszcz i żurek. Po drugie, ludzie są tutaj wspaniali, jak już mówiłem wcześniej, bardzo przyjacielscy, uprzejmi, otwarci na świat – czuję się wspaniale w waszym kraju! I po trzecie, kultura wyjątkowa, ale jestem w trakcie jej poznawania, więc gdy już zapoznam się z nią bardzo dobrze, to wypowiem się w pełni na jej temat. Ogólnie Polska to fantastyczny kraj!

Życie muzyka to nie tylko muzyka i podróże, ale również pokusy jak szybkie i nie zdrowe jedzenie, alkohol i inne używki. Czy preferujesz życie rock’n’rollowca czy starasz się dbać o siebie i żyjesz bezpiecznie, żeby być zawsze w dobrej formie?

Ja staram się być skupiony na tym, żeby grać dobre koncerty. Kiedy jestem w trasie, pozwalam sobie na kilka piwek gdy mam wolną chwilę i tyle. Kiedy jestem w domu, również staram się być skupionym na ćwiczeniach, nadchodzących nagraniach i staram się ćwiczyć tak dużo, ile to jest możliwe. Staram się zachować równowagę między byciem ‘rockstar’, a byciem profesjonalistą.

3

Znasz receptę na zbudowanie udanej kariery?

Ćwiczenia, ciężka praca, bycie miłym dla ludzi, być szczęśliwym najmocniej jak się da i zawsze być sobą!

Niestety, wiele fantastycznych zespołów często rezygnuje z kariery, ponieważ nie mają pieniędzy, menadżera i to blokuje ich, by wypłynąć na głęboką wodę. Jak to było z tobą, czy miałeś takie momenty w swoim życiu, że chciałeś się poddać i zacząć życie na nowo, robiąc całkiem inne rzeczy?

Zgadza się, bywa różnie! Kiedy zaczynasz zarabiać pieniądze z muzyki, to zasady się zmieniają. Oczywiście, to dalej jest świetna zabawa, ale kiedy musisz płacić rachunki, to już nigdy nie będzie twoim hobby. Praca, muzyka – to nie praca człowieka w supermarkecie, gdzie dostajesz systematyczne wynagrodzenie i możesz zaplanować sobie przyszłość. Znam wielu ludzi, którzy rzucili granie, dla bezpiecznej przyszłości. W muzyce pieniądze są nieregularne i trudno jest zaplanować życie, ale to indywidualny wybór każdego z nas. Ja wybrałem takie życie i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy i nie zamieniłbym mojego życia na żadne inne.

Praca muzyka to ciężka praca i podkreślam to za każdym razem, bo ludzie nie znają tego życia od kuchni. Jest to świat wyrzeczeń i często trzeba odmówić sobie wiele przyjemności, żeby dojść na szczyt. Czy ty jesteś jednym z tych, którzy rzucili wszystko dla pasji, aby robić to, co kochasz?

Tak, to ciężki kawałek chleba i trzeba zachować balans. Osobiście, nie miałem już wakacji od 7/8 lat i akceptuję to, że może tak być jeszcze przez kilka następnych lat, ale to jest mój wybór i moje życie. Zawsze wybiorę muzykę, jeśli będę musiał wybierać… Jak widzisz, staram się grać najwięcej, ile tylko mogę i zachować przy tym część normalnego życia ;-)…

5

Grasz w jednym z najlepszych zespołów metalowych na świecie i przy okazji podróżujesz sobie po świecie. Stewart, masz piękne życie, zgodzisz się ze mną?

Absolutnie tak! Czasami brakuje czasu na sen, ale ogólnie jest fantastycznie ;-)!

Każdy może grać metal?

Oczywiście. Każdy może grać, co tylko chce i na jakim instrumencie chce. Trzeba tylko ćwiczyć i być cierpliwym!

 

Materiał przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: archiwum google, facebook.

Maciek Gołyźniak… Trzeba ćwiczyć!

          Pamiętam rok 2010, kiedy podczas koncertu Brodki w krakowskiej Rotundzie,  podziwiałem perkusistę, który kładł groove dla tej małej, ale jakże rozkrzyczanej wokalistki. Czarowała wtedy swoim urokiem cały klub, który był wypełniony po brzegi, ale przecież to nikogo nie dziwiło, bo płyta Granda zrobiła wielkie zamieszanie w polskiej muzyce rozrywkowej, o czym mówi się do dziś.

Wtedy nie byłem świadomy, że kilka lat później, będę miał zaszczyt poznać tego utalentowanego człowieka, który czarował grą na bębnach. Że będziemy mogli przybić piątkę i porozmawiać o muzyce, o życiu – niesamowite uczucie poznawać w życiu tak wartościowych ludzi, jak Maciek.

Kiedy pojawiła się szansa na porozmawianie, zaproponowałem Maćkowi wywiad. Obawiałem się, że nie będzie miał czasu lub chęci na rozmowę, ale okazało się inaczej i zostałem zaskoczony bardzo pozytywnie jego uprzejmością i kulturą osobistą, która mogłaby położyć na łopatki sporą część perkusistów mających ego większe od Mount Everest.

           Wywiad z Maćkiem, to nie tylko opowieść o życiu perkusisty, ale przede wszystkim o człowieku pełnym pasji i zasad, którymi kieruje się od najmłodszych lat. Takich ludzi spotyka się raz na 100lat… Jest jednym z tych, którzy nie biegną za sukcesami kosztem wszystkiego i wszystkich. Chodzi swoimi ścieżkami, sam nadaje rytm swojemu życiu i mimo uciekającego czasu, coraz mocniej kocha grać na bębnach, bo to jego najcudowniejsza pasja, którą było mu dane odkryć w życiu…

Projekt w Lubrzy - Studio
Projekt w Lubrzy – Studio

Maćku, jesteś posiadaczem solidnego groov’u i potrafisz wydobyć piękne brzmienie bębnów. Nie wiem, jak ty to robisz, ale dla mnie jesteś klasa światowa. Powiedz mi, czy wystarczy mieć ogromne serce do muzyki czy jeszcze trzeba włożyć w to dużo ciężkiej pracy, żeby osiągnąć wyjątkowe brzmienie i tak piękny groove?

Pawle, bardzo mnie onieśmiela teza zawarta w pytaniu. Dziękuję, że masz takie zdanie o mojej grze i brzmieniu. Przez grzeczność nie będę polemizował. Cieszę się , że doceniasz te aspekty. Duża radość!

Co do samego pytania, jestem coraz bardziej pewien, że jedno bez drugiego nie ma racji bytu. Samo serce nie wystarczy, ale jeśli się tego serca nie ma do grania, to sama praca na niewiele się zda. Jeśli przyjąć, że na scenę wychodzi się dla publiczności, to gdy nie wkładasz w to serca – poznają się na Tobie, to będzie nieszczere, jeśli zaś nie włożysz w to stosownej ilości pracy – nie będziesz ich szanował. Też się poznają. To z resztą dotyczy każdej pracy, którą wykonujesz w życiu. Szczerze mówiąc, mam dość jasno ustalone priorytety w tej kwestii. Dla mnie publiczność jest kluczowa. Nie mówię tu o schlebianiu gustom, tylko o szacunku do słuchacza.

Wracając do pytania. To jest trudna sprawa. Pojawiła się ostatnio teoria, że można się nauczyć groović. Nie będę z nią dyskutował, bo pewnie można. Wszystkiego się można nauczyć, akcentu w obcym języku też. Choć pewnie autochtoni się poznają.

Dla mnie groove, jest absolutną podstawą. Postrzegam muzyków przez pryzmat ich „czasu”,  frazy, wyczucia stylu i naturalności w tym zakresie. Na pewno w biegłości pomagają „moto-godziny” przesiedziane w ćwiczeniówce, ale bez muzykowania z zespołami, trudno jest zacząć rozumieć rolę perkusji w zespole, a to wydaje mi się być jednak sprawą kluczową 🙂 .  A brzmienie? To dość indywidualna sprawa. Nie wiem, czy można się go uczyć, ale na pewno można rozumieć jak je kształtować do swoich potrzeb. To się wiąże z dużą świadomością, ta z pracą na scenie i w studio, które z kolei jest wypadkową włożonej pracy ( oraz szczęścia) . Koło się zamyka.  Jedno bez drugiego nie istnieje.

Pracujesz codziennie nad swoimi umiejętnościami, ciągle coś poprawiasz, czy dbasz tylko o to, żeby utrzymać zdobytą formę?

Staram się nieustannie nadrabiać zaległości :). Mnóstwo jest do zrobienia w ćwiczeniówce, a czasu coraz mniej. Mam już trochę lat i z grubsza wiem, co umiem, a czego nie i skupiam się tylko na tym drugim. Umiejętności wypracowane raczej szlifuje, nie pozwalam się sobie zachłystywać tym, „co umiem” szczególnie, że jest tego tak niewiele. I nie jestem tu fałszywie skromny. Miejsce, do którego chciałbym dotrzeć, jest bardzo daleko i mnóstwo pracy przede mną. Jestem nieustannie głodny tak wiedzy, jak i rozwoju. Stawiam sobie wyzwania, mam swoje cele. Interesują mnie challange i sam sobie jestem przeciwnikiem. Moje słabości, oczekiwania względem siebie. To są umiejętności do przewalczenia, one są dla mnie napędem. Absolutnie obiema rękami podpisuje się pod zdaniem, że jeśli coś świetnie brzmi, masz świadomość, że działa – idź dalej, bo to cię już nie rozwija. Owszem, to na pewno cieszy i napawa pewną dumą, która też jest absolutnie konieczna do rozwoju, ale to głód napędza. Nie na darmo w sporcie mówi się, że łatwiej gonić niż uciekać. To jest istota rozwoju. Cel.

Projekt w Lubrzy - Studio

Systematycznie śledzę twoje filmiki, które umieszczasz na facebooku i bardzo mi się podoba twój styl gry. Przypomina mi to modelowanie gry na perkusji. Wypracowałeś to ćwiczeniami czy grasz bo tak czujesz?

Jeszcze raz dzięki Pawle, bardzo mi miło. Zawsze interesowało mnie jedynie „granie na piosenkę”. Jeśli coś nie pomaga linii melodycznej czy wokalowi, nie robię tego. Śledzę bardzo dokładnie przebieg harmonii, jak się rozwija struktura piosenki i tam są wszystkie wskazówki. Wystarczy słuchać. Bębny akompaniują, nie tylko dają puls utworu. Wychowałem się w czasach genialnej muzyki, piosenkarskiego kunsztu, dbałości o szczegół. Nie chcę brzmieć jak stary człowiek i daleki jestem od wszelkiej martyrologii, słucham wielu nowych rzeczy. Ale kiedy wracam do „SO” Gabriela, to pomimo upływu czasu, odnajduje tam wciąż nowe rzeczy, emocje, o jakie trudno w dzisiejszym świecie muzyki pop. Wtedy to był pop! Myślę o bębnach jako o równoprawnym instrumencie w kompozycji. Dlatego staram się, jak to nazwałeś, modelować swoje partie. Robię to zawsze, kiedy ktoś tego ode mnie oczekuje. Z rzadka dzieje się to w sidemańskiej pracy, ale na szczęście coraz częściej.

Reasumując, muzyka jest dla mnie formą komunikacji, dlatego staram się dbać o przekaz, o emocje. Bardzo wierzę, że to jest istota tego co robimy, będąc muzykami, bo suma summarum pod sceną niewielki odsetek osób wie, że zagrałeś taką czy inną figurę i że zajęło to dwa lata żmudnych ćwiczeń, tylko raczej odczuwa Twoją emocję i energię. Staram się godzić tak kunszt i wspomniane emocje, ale zawsze w imię piosenki.

W muzyce najbardziej interesuje mnie szczerość, bycie naturalnym i prawdziwym w tym, co grasz. Czy ty świadomie od początku obrałeś sobie taki styl, muzykę którą grasz i niezmiennie to realizujesz czy bywały okresy w twoim życiu, że grałeś różne rzeczy jakie tylko życie ci przyniosło?

Robiłem różne rzeczy, ale z rzadka wbrew sobie. Nigdy też nie obrażałem się na żadną propozycję, bo nie dzielę muzyki na „dobrą czy złą”, raczej na dobrze, bądź źle zagraną. Wybacz proszę skrót myślowy i uproszczenie.  Patrzę na to, co robię przez pryzmat rozwoju i tego, czy zwyczajnie odnajdę się w muzycznym klimacie danego przedsięwzięcia. Staram się nie robić muzyki dla pieniędzy, choć wiem, w których zespołach należałoby wtedy grać.  Mierzi mnie planowanie „przeboju”, pisanie „hita”. Jest to dla mnie kuriozalne nieporozumienie. Może jestem nieżyciowy. Trudno. Oczywiście dziś jest mi łatwiej wybierać to, co chcę robić, tym samym mogę planować swój rozwój, budować doświadczenie na płaszczyznach dotąd mniej mi znanych. Ale na początku, w toruńskich młodzieżowych czasach, grałem większość rzeczy, które wpadały mi w ręce, choć tu sobie przypominam, że niełatwo było mnie wciągnąć do kapeli 🙂 .  Z resztą, nie sądzę, żeby ten mechanizm mnie specjalnie wyróżniał. Myślę, że to naturalna kolej rzeczy, zwyczajny rozwój. Gdzieś trzeba zacząć i tu jest spora dowolność. Mnie jednak bardzo zajmuje to, gdzie chciałbym skończyć i tego przypadkowi nie zamierzam zostawić.

IMG_5246 

Kochasz perkusję od dziecka i ani twoja babcia ani mama, nie dały rady wybić ci tego z głowy. W takim razie musiała to być miłość od pierwszego spojrzenia co?

Jest tu pewna nieścisłość, ale doceniam, że przygotowałeś się gruntownie 🙂 . Owszem, wszystkie trzy te przecudowne kobiety, bo i siostra mojej mamy, zgodnie najpierw goniły mnie ze ścierą, ale wiem, że w głębi duszy potem wspierały mnie bardzo. Wielka wdzięczność z mojej strony za to, bo dziś, kiedy najbardziej mi tego potrzeba, wiem, że mam za sobą najbliższych, którzy nie wątpią tylko wspierają. To jest bezcenne. Dostać wiadomość – „jestem z Ciebie dumna”, kiedy tyłek odmarza Ci na scenie podczas telewizyjnego sylwestra – bezcenne 🙂 . Bębny stały w moim domu, od kiedy pamiętam. Bracia mojej mamy i dziadek muzykowali. Jeden z nich grał zawodowo, bębny stały w domu. Jak można było się nie zakochać? Dom rozbrzmiewał muzyką, pierwszą piosenką, którą pamiętam ze szpulowego magnetofonu byłą „Radio Gaga” Queen! Bracie, ja to słyszę i widzę jak dziś! Jaki to jest numer! I jak Taylor groovi! No i jakoś tak poszło. Zacząłem jako brzdąc, tłukąc w co się dało w czasach, w których muzykować można było jedynie do koncertu życzeń w TVP w niedzielę,  postrzegam to jako duże samozaparcie (śmiech) .  Dlatego też mam ogromny szacunek do tych, z którymi mogę pracować i którzy do tej współpracy właśnie mnie sobie wymyślili.

Wychowałeś się w czasach, kiedy nie było takiego dostępu do sprzętu jak dzisiaj, kiedy zdobycie czegokolwiek, graniczyło z cudem. Ale gdy już się zdobyło jakiś dziwny zestaw ;-)… to co wtedy czułeś?

Dobre pytanie. Czułem, jak czas ucieka, jak nic nie umiem,  jak bardzo bym chciał i że kiedyś to osiągnę. Naprawdę. Pamiętam to uczucie.  Ale pamiętam też totalną wolność, jak stawał czas .  Jak to , że nie masz na Levisy, przestawało mieć znaczenie, bo miałeś coś, czego nie mieli Ci w Levisach. Pasję. Nie ukrywajmy, dziewczyny nie były bez znaczenia 🙂 .

To są we mnie gorące wspomnienia. Pamiętam, jak potrafiłem cały zestaw polmuza, spakować w dwie torby pójść z buta na przystanek tramwajowy przez „nieprzyjacielskie” osiedle, zapakować to w „Jedynkę” i pojechać na próbę. Potem jeszcze kwadransik przez kolejne osiedle i już można było grać. Był taki moment w Toruniu, że żeby zagrać koncert, musiało się zebrać kilka kapel, żeby się uskładał komplet gratów. A potem, mój obecnie serdeczny przyjaciel, uskładał na Tamę Grandstar wykończenie Lars – czyli jedynie słuszny piano black. Statywy TILT, blachy Mainla z czasów kiedy jeszcze z Turcji importowali kebab a nie talerze. Paweł… Świat się zatrzymał. Kiedyś Marcin, pożyczył mi jeden taki statyw na przeglądzie młodzieżowym. Ja nie umiałem go ustawić. Po prostu nigdy wcześniej nie miałem w ręku takiego „czegoś”.  Ale wciąż jeszcze grałem na kombinowanych polmuzach i jednym (słownie jednym) dobrym talerzu Sabiana. Miałem wtedy werbel Royalsa chyba z trójmiasta to był producent. Mieli taki w O.N.A 🙂 . no mówię Ci sztos! Lekko nie było, kasy nie było, świadomość taka wiesz… . Ale nie to było wtedy istotne, żeby narzekać. My po prostu chcieliśmy grać, żeby nas ludzie kochali, a najlepiej dziewczyny 🙂 .

Dzisiejszy dostęp do materiałów, sprzętu to absolutna bajka prawda i chyba ciężko porównać to z starymi czasami?

Przede wszystkim internet. Dostęp to jedno, a czas dostępu to drugie. Podobno jest klawisz „zwolnij film” na YouTube. Pewnie dlatego jest tylu Aaronow Spearsów na świecie. A poważnie. Byliśmy za żelazną kurtyną. Jak ktoś miał wujka marynarza, to może miał płyty czy książki. Jak zapytasz moich rówieśników o lekcje czy szkoły na video, wszyscy wymienią „Back to Basics” Dave’a Weckla. I większość będzie mówiła o tym samym egzemplarzu na VHSie. Wtedy to była wiedza na wagę złota dla niektórych. Miałem znajomych bębniarzy, a niektórzy mieli materiały, ale zapomnij . Wtedy wypracowałem w sobie mechanizm, szukania w przeciwieństwach losu czegoś, co może mnie rozwinąć i co może mnie popchnąć dalej. Wiedziałem, że muzykalność nie jest zapisana w nutach. Że trzeba słuchać muzyki, dużo muzyki, nieprzerwanie.  Że tam jest klucz. Miałem kolegów, którzy znali nuty, ale nie bardzo mieli gdzie grać.  To przykre, ale tak było.  Słuchałem muzyki non stop. W autobusie, tramwaju na przerwach ( na lekcjach też) w wannie, w łóżku. Mój budżet skromnego kieszonkowego w całości przeznaczany był na bateryjki do walkmana. To były najlepiej zainwestowane pieniądze w moim życiu.  Na początku to były moje nuty, książki , szkółki i ćwiczenia. Dopiero potem, zacząłem systematyzować wiedzę.

Projekt w Lubrzy - Studio
Projekt w Lubrzy – Studio

Pierwszy zawodowy występ, pierwsze zarobione pieniądze z muzyki. Kiedy to było i co wtedy myślałeś, gdy zrobiłeś ten poważny krok w karierze?

Trudno mi to zdarzenie namierzyć dokładnie, ale zdaje się, że w Mrągowie na Festiwalu Country. Pojechałem tam trochę z łapanki, po zaledwie kilku próbach. Naprawdę nie pamiętam dokładnie, ale mogłem mieć może 19-20 lat? Wiesz, to w ogóle z tamtej perspektywy nie był dla mnie żaden krok w karierze. Ja tego po prostu nie mogłem wiedzieć. Pojechałem tam ze starszymi ode mnie kolegami, wyszedłem na dużą scenę, kamery, inspicjenci, telewizja. Pewnie zrobiło to na mnie wrażenie, bo z występu telewizyjnego niewiele pamiętam, poza tym, że mocodawcy byli zadowoleni. Bankowo byłem w szoku. Bez dwóch zdań, miało to pewnie jakiś wpływ na to co później się wydarzyło, ale pieniędzy bym w to nie mieszał. Tzn, nie były one istotą rzeczy. Z resztą staram się, żeby nadal nie były, one są po prostu zwyczajnie należne za poświęcony czas i pracę, ale nie są istotą rzeczy. Grałem potem przez jakiś czas z tymi facetami i bez dwóch zdań, była to szkoła. Sporo graliśmy, nie były to jakieś wielkie honoraria, ale dość szybko odłożyłem na kolejne bębny. Nadal jednak nie odczuwałem, że wykonuje jakiś krok. Wtedy czas po prostu płynął. Wyświetliłem się jednak na toruńskiej scenie i grałem z doświadczonymi muzykami. W sekcji grałem ze znakomitym basistą, Tomkiem Przymorskim, który okazał się znakomitym kompanem do gadania o elektrycznym jazzie w „kantrowym” busie.  W tym kontekście dziś widzę w tym ten rzeczony „krok”.

Z muzyki country, którą z resztą świetnie wspominam, była to znakomita szkoła, naprawdę, przeszedłem na ciemną stronę polskiego bluesa. Wynalazł mnie Maurycy Męczekalski, szef słynnego klubu Od Nowa w Toruniu i przede wszystkim lider zespołu Tortilla Flat. To był krok. Bez wątpienia. To był znakomity i bardzo popularny band na tej scenie. Zjeździłem z Nimi całą Polskę i kawał Europy. Regularne klubowe trasy. Wspaniały czas, świetni koledzy i muzycy. Oj, „jamowałby” 🙂 . Dla jasności, ja oczywiście byłem pewien, że to jest moja działalność poboczna, dziś powiedzielibyśmy sidemańska, bo przecież miałem wtedy już swoje kapele, w których grałem z myślą o podbiciu świata.

Dzisiaj twoje cv jest już maksymalnie zapełnione występami z polskimi i zagranicznymi gwiazdami. Jak to działa, że nagle chcą grać z tobą wszyscy, tak jak z tobą?

Nie chcę, żeby ktokolwiek pomyślał, że jestem zachłanny, ale ja nie mam takiego wrażenia. Ani w kwestii „zapchanego” kalendarza ani też tego, że wszyscy chcą ze mną grać. To tak nie działa. O obecność w świadomości kolegów czy artystów, nawet jeśli jesteś dobrym muzykiem, musisz zadbać.  Ja tego nie umiem robić, dlatego gram tylko tam, gdzie ktoś indywidualnie chce mnie do swojego projektu zaprosić. Ja po prostu nie umiem powiedzieć ” Hej, może bym z Tobą zagrał trasę ? ” albo „Może, ja nagram tą płytę?”. No nie umiem, żenuje mnie to trochę i nic na to nie poradzę. Mam więcej czasu, „mocy przerobowych” możliwości i przede wszystkim chęci, niż można by przypuszczać.  Od lat dbam o to, żeby nie brać sobie na głowę rzeczy, które spowodują dyskomfort innego artysty. Staram się nie dawać zastępstw, bo to jest zawsze kłopot dla zespołu, dyskomfort muzyka. Oczywiście, ilość terminów jest skończona i wszyscy grają w tych samych, ale od lat odpowiadałem zawsze szczerze – mogę , nie mogę” zamiast knuć i konfabulować, że jakoś „ogarnę” i że jakoś to będzie. Uważam, może niepotrzebnie, że nasza praca ma swój etos i tylko my mamy wpływ na to, jak jesteśmy traktowani, czy się nas szanuje i czy my szanujemy innych. Dla mnie jest to element mojego rozwoju, świadomości. Brzydzę się słowem „dżob”.  „Dżob” jest dla mnie określeniem stosunku do muzyki, może się teraz napinam, może wygłupiam, ale znam lepsze zajęcia do zarabiania kasy, niż gra na bębnach. Chciałbym grać z możliwie największą ilością muzyków, artystów, nagrywać niezliczone ilości płyt. Mam poczucie nieustannego głodu, potrzebę spełniania się na nowo. To jest całe moje życie, zawsze chciałem to robić. Jestem w tym 24h na dobę całym sobą. Dla jednych to handicap dla innych „dziwactwo” . Ktoś to ceni i szanuje, ktoś inny ma w czterech literach. Ktoś doceni lojalność, ktoś inny nie. Nie ma to dla mnie znaczenia, to nie mój problem. Ja chcę grać i rozwijać swoją pasję. Oczywiście, również godziwie z tego żyć . Ale to nie jest cel, tylko naturalne następstwo tego, co i jak robisz.

Podróżowałeś dużo po świecie, m.in. Kanada, USA. Miałeś wtedy czas i okazję przyjrzeć się, jak działa tamtejszy show biznes, czym się różni od tego, który działa u nas, czy może te różnice powoli się zacierają?

Rzeczywiście sporo grałem za granicą, ale to raczej były festiwale i showcase’y. Niewielką miałem styczność z showbiznesem. Raczej z organizacją, techniczną stroną tych przedsięwzięć, ekipami technicznymi i organizatorami. Różnica jest jedna, ale i ona się powoli zaciera. Mamy takie same graty, aparaturę, znamy się na niej, sceny są równie okazałe, a miejsca równie malownicze. Natomiast mamy mentalność spod szyldu „damy radę”. To jest zło! Pracowałem na różnych scenach, w dużym stresie i czasowym napięciu, ale nigdy nie spotkałem się z brakiem szacunkczy olewaniem swojej pracy. Oczywiście ludzie są rożni, bez względu na t, czy to Polska czy USA, ale jednak ten etos sceny jest u nas inny. Firmy nagłośnieniowe z panami „Zenkami” spod szyldu „wczoraj grała Maryla i było dobrze” nie mają racji bytu. Za granicą to się naprawdę nie dzieje na poziomie profesjonalnych scen. Tu się dzieje. Każdy, kto się tym zajmuje kilka lat, wie gdzie, w jakim klubie i co go czeka. Ale.. idzie ku lepszemu. Następuje zmiana warty. Mamy świetnych realizatorów, oświetleniowców, techników. To są spece, do Polski przyjeżdżają gwiazdy światowego formatu, jest gdzie podglądać. Tylko jeszcze tych „Zenków” gdyby się udało wyeliminować. Naprawdę, mógłbym mnożyć anegdoty do rana. Plątanina niedziałających kabli, koleszkowie wiedzący lepiej, że masz „złe” mikrofony do bębnów… . Pawle, kabareton przy tym, to szkółka niedzielna dla panien.

Warsztaty z Maćkiem Gołyźniakiem
Warsztaty z Maćkiem Gołyźniakiem

Płyta Granda z Moniką Brodką – genialna płyta, genialne twoje partie, całość absolutnie fantastyczna. Wspominam tę płytę, ponieważ wywarła na mnie ogromne wrażenie i miałem też przyjemność być na koncercie w Krakowie w Rotundzie, kiedy graliście trasę z tą płytą. Pamiętam, że wywaliło mnie z butów i zostałem zahipnotyzowany. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to ty ;-)… Jak się dzisiaj układa współpraca z Brodką?

Nie dźwigam tych komplementów, dzięki Ci serdeczne w imieniu bandu. Pracujemy już szósty rok ze sobą, zwiedziliśmy kraj wzdłuż i wszerz oraz kawał świata. W tej chwili Monika kończy płytę, mamy od sierpnia zeszłego roku przerwę aż do maja tego roku, więc jak widzisz, nie jest to ciągła zajętość. Jesteśmy po kilkunastu próbach z nowym materiałem, badamy się w tym nowym muzycznym środowisku. Zobaczymy, jak się ta współpraca będzie układać, co przyniesie nowa płyta i jakie decyzje z tym związane zostaną podjęte. Natenczas pracujemy nad nowym materiałem, nad jego koncertowym brzmieniem. Zmienia się troszkę instrumentarium, na pewno będzie też sporo wyzwań. Zobaczymy.

Czy myślisz że uda wam się kiedyś powtórzyć sukces, jaki udał się z płytą Granda?

Trudno mi odpowiadać na to pytanie, bo nie ja ten nowy materiał komponowałem. Nie wydaje mi się, żeby myślenie w ten sposób miało sens. Powtarzanie sukcesu, brzmi w pierwszej chwili, jak jego skopiowanie, a kto chciałby nagrywać identyczną płytę? Trudno mi powiedzieć, jestem tylko muzykiem zespołu a w przeciwieństwie do Grandy, zagrałem zaledwie w jednym utworze na nowej płycie, więc jest mi bardzo trudno odnieść się do tego pytania, bo nie mam nawet w tej chwili, żadnej więzi z tym materiałem, nie zdążyłem go poznać i przepracować.

Przejdźmy do zespołu Sorry Boys. Dla mnie kolejny genialny projekt. Płyta Vulcano jest dla mnie bardzo inspirująca i za każdym razem kiedy jej słucham, przeszywają mnie dreszcze. Kto jest kompozytorem tego świetnego albumu?

Wszystkie piosenki zaczęły się od wokalowych „rybek” Beli. Więc na tak postawione pytanie, odpowiedź brzmi – Bela Komoszyńska.

Jednak akurat Vulcano, w znaczącej większości powstało w sali prób, podczas wspólnego muzykowania, mniej lub bardziej spontanicznie.

Większość partii bębnów, było naturalną reakcją na emocje wynikające z zajawek wokalu i piana. Często moje aranże, rodziły się „tu i teraz” nawet w przerwach „na fajkę” , ponieważ nie palę. Zostawaliśmy z Belą na te kilka minut i prosiłem, żeby grała. „Słyszałem” te beaty w głowie od razu, od początku. „The Sun” , „Phoenix” i wiele innych. Tak to z grubsza wyglądało. Sporo rzeczy wydarzyło się też już na etapie rejestracji bębnów i instrumentów w ogóle oraz podczas produkcji. Świetny czas, uwielbiam te piosenki.

Czym się kierujesz kiedy piszesz partie perkusji i czy dzielisz to w jakiś sposób, np. na początku podstawowy groove, a później rozwijasz to melodycznie?

Wokalem. Zawsze słucham jak rozwija się linia wokalu. Po pierwsze nie przeszkadzać 🙂 . Myślę o tym, czy sam, stojąc pod sceną, pobujałbym się do takiego czy innego groovu. Ale też nie chcę się w tym zamykać. Kieruje się pierwszym wrażeniem, staram się grać „mniej” niż więcej i się nie wygłupiać. Piosenka jest najważniejsza. Oczywiście, zależy mi na stylowym zagraniu, na uwydatnieniu brzmienia instrumentu, ale nie mam jednej recepty. Słucham. Staram się ustępować miejsca innym instrumentom, ale też przejąć prym, jeśli mam przeczucie, że dany fragment należy podkreślić czy zaznaczyć. Staram się mieć „kulturalne” pobawione muzycznego egocentryzmu, podejście. Otwartość, unikanie patentów, sztosów i zagrywek. Nie wiem, czy to się udaje, ale myślę w ten sposób. Oczywiście, wracając do pytania, naturalnie, kiedy dana partia się „układa” w aranżu, zaczyna się zapinać z innymi instrumentami, pewnie nieco ewoluuje, ale staram się nie przeginać z natłokiem dźwięków w aranżu, w każdym razie na pewno nie w studio. W studio kultura wykonania musi być najwyższa, podobnie dbałość o detale i planowanie brzmieniowego efektu.

Projekt w Lubrzy - Studio

Nie jest to popularna muzyka, więc i odbiorcy muszą być wyszukani. Jak wygląda popularność Sorry Boyz, wypełniacie kluby?

Trasa po Vulcano była dla nas dużym sukcesem frekwencyjnym. Może nie były to oszałamiające ilości, ale kilkanaście klubów zostało wyprzedanych. Grało nam się znakomicie, ze świadomością pełnych sal. Bywało też mniej radośnie, bo zdarzyło się raz, że fanów było znacznie mniej, ale przyjęliśmy założenie, że zagramy całą trasę, bez względu na frekwencję. Chcieliśmy po prostu grać te piosenki.

Ciekawi mnie temat popularności, bo ona ma różne odbicia. Jaka jest różnica, kiedy przyjeżdżasz do klubu z popularną Brodką, a kiedy przyjeżdżasz z niszowym Sorry Boyz. Czy miałeś kiedyś związane z tym przygody, miłe i niemiłe i jak to odbierasz?

Miałem tych przygód ze dwie książki, a kolejne się piszą :-). To jest właśnie ta różnica, o którą pytałeś w pytaniu wyżej. Oczywiście, że jest różnica. Nie ma się co oszukiwać. Duże nazwiska robią duże wrażenie. Myślę, że ilość napotykanych kłopotów, może być podobna, tylko w przypadku dużych jak na naszą scenę produkcji, większość jest natychmiast załatwianych na etapie techniki i realizatorów tak dźwięku, jak i światła. Po prostu do nas to nie dociera, przyjeżdżamy z hotelu na soundcheck i wszystko jest gotowe, działa, stroi i czeka. W SB sytuacja jest nieco inna, bo pion techniczny jest skromniejszy. Większość fakapów spada nam na głowę w czasie rzeczywistym. Czasem już w drodze, jeszcze w busie wiemy już, że czegoś nie ma albo nie będzie, albo nie działa. Życie. Masz do wyboru strzelić focha, albo uszanować publiczność, która w sumie nie ma tego świadomości i w zasadzie nic ją to nie powinno obchodzić. W konsekwencji, zamiast odpocząć w hotelu godzinę czy dwie, mając parę setek km „w plecach”, robisz soundcheck do samego końca, czasem nawet nie zdążysz nic zjeść, przebiórka i scena. Nie sądzę, żebyśmy mieli czuć się tu „wyróżnieni”. Myślę, że gro zespołów boryka się z tymi samymi problemami. Problem w tym, że nawet jeśli organizator, klub, firma nagłośnieniowa, wiedzą, że dali ciała lub wręcz mają cię gdzieś od początku, zwyczajnie bez pardonu wykorzystają to, że jechałeś setki km i wystąpisz. Staniesz na głowie, ale wystąpisz. Bo co powiesz publiczności? Że Pan „klub” czy „Zenek”to patałachy? Co ich to obchodzi? Po prostu nie jedziesz tam następnym razem. W konsekwencji wszyscy na tym tracą. Ale nie jest mocną cechą tych ludzi przewidywanie konsekwencji, często chodzi o szybki zarobek. Taka jest codzienność.

Współpracowałeś również z zagranicznymi gwiazdami, z szwedzką wokalistką Velvet i belgijskim piosenkarzem Danzelem. Jak doszło do współpracy z tym gwiazdami?  

Z polecenia. Najprostszym sposobem. Do obu składów zaprosił mnie wybitny basista, taki mój „muzyczny ojciec” Filip Sojka. Filip zakończył wtedy pracę z Kayah i wpadały mu w ręce różne historie. Z Velvet zagrałem tylko kilka zastępstw, ale przedobrze to wspominam. Znakomita dziewczyna. Bardzo zgrabne rozrywkowe piosenki na światowym poziomie. Dłużej, bo dwie trasy, grałem z Johanem (Danzel – red.) . Oj dobry to był czas, fajny skład i kompletnie dla mnie inne środowisko muzyczne. Na początku z ukosa przyglądało mi się wielu kolegów, ale zwykle do momentu kiedy przychodzili na koncert, żeby zobaczyć jak to gramy 🙂 . Tak jak Ci wcześniej powiedziałem, nie tylko o muzykę tu chodzi, ale przede wszystkim o to, jak do niej podchodzisz i jak dobrze robisz to, czego od Ciebie oczekują. Poznałem mnóstwo interesujących osób w tamtym czasie, muzyków, managerów, techników. Widujemy się nadal, wszyscy poszli dalej. Z Johanem mam kontakt, bo to strasznie dobry chłopak jest, pracowity i świadomy czasu, miejsca i tego co robiliśmy.

John Bonham, to twój największy perkusyjny idol. Co takiego ujęło cię w jego graniu, że stał się dla ciebie tak ważny?

Wiesz, w sumie nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Bohnam nie był kompletnym perkusistą w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Trudno więc znaleźć w nim jedynego idola na całe życie.

Sam wiesz najlepiej, że kiedy się jest dzieciakiem, po prostu potrzebujesz wzoru. Ja trafiłem na taki i mnie wciągnął. Fantastycznie brzmiał, był bezkompromisowy ale muzykalny na instrumencie. W tych armatnich salwach, które z siebie wystrzeliwał był jednocześnie nieokrzesany ale i wyjątkowo ich świadomy. Miał genialne forte i znakomite piano. Dla mnie to był kompletny rockowy muzyk, nowatorski, finezyjny, świadomy i surowy zarazem. No i grał genialnie stopą. Wtedy nikt tak nie grał. Był też prostym chłopakiem, pracował na roli na farmie ojca, nie był fircykiem z najlepszego college`u jak Nick Mason z Floydów 🙂 . Dla mnie absolutny Bóg. Jeśli jest gdzieś bębniarz, który go nie zna lub nie słyszał, czas sprzedać graty 🙂 .

IMG_4073

Twoja muzykalność jest ogromna. Twoje granie nie jest zwykłym stukaniem, to po prostu poezja, którą wyśpiewujesz swoim graniem. Czy to wzięło się z słuchania dużej ilości dobrej muzyki?

Pawle, słabo sobie radzę z komplementami :-), ktoś gotów pomyśleć, że to ustawka. Piękne dzięki. Nigdy nie postrzegałem tego w ten sposób. Po prostu, staram się grać dla muzyki, dla piosenki. Wydaje mi się, że to jest istota rzeczy. Już o tym wspominałem z resztą w tym wywiadzie. Myślę, że zdecydowanie słuchanie muzyki, pobudza muzykalność. Ma jednak pewną wadę, trzeba być czujnym w kwestii kopiowania. Styl, sposób myślenia czy budowanie frazy, to bez wątpienia należy wręcz studiować. Spisywać pewne rzeczy. To rozwija. Natomiast ślepe ich kopiowanie to, moim zdaniem, nomen omen, ślepa uliczka. Trzeba mieć dużo samozaparcia, żeby nie korzystać z gotowych rozwiązań, ale po co na świecie „gorszy”  Aaron Spears? . Praca nad własnym „językiem” na instrumencie, kolorem, brzmieniem przyniesie więcej pożytku, niż stawanie w szranki z kimkolwiek. Najszybsze ‚jedynki” na świecie? to jak konkurs na „kto zje 3,5 kg kanapkę ze steakiem” – bzdura.

Jak wspominasz występ na Warsaw Drum Festival, czy wszystko poszło po twojej myśli i jak oceniasz to wydarzenie perkusyjne?

Całe to wydarzenie wspominam bardzo dobrze, bo samo zaproszenie, traktuję jako wielki zaszczyt. Tylu moich znakomitych kolegów przyszło na warsztaty, tylu wspaniałych muzyków festiwal gościł, że musiałbym być zwyczajnie głupi, żeby się nie cieszyć. Było troszkę ciasno z godzinową rozpiską, szczególnie, że jestem gadułą i prowadzę warsztaty w oparciu o interakcję, nie zaś o „teraz zagram tak, a potem tak”. Ale to są minimalne potknięcia, do poprawy na następną edycję. Sama inicjatywa jest genialna. Myślę, że gdyby organizatorzy, wciągnęli do kooperacji w ramach doradztwa kilka osób, Maćka Nowaka naczelnego Perkusisty, może któregoś z jego edukatorów, doświadczonego w targowym boju dystrybutora, pewnie poszło by to ciut bardziej gładko. Ale to są niuanse. Ja nie odczułem, poza tymi napięciami czasowymi, większych niedogodności. Jak już wspomniałem, towarzyszyło mi przekonanie, że to dla mnie zaszczyt i zwyczajnie, nie chciałem nikogo zawieść.

Jesteś zapracowanym muzykiem więc domyślam się że temat edukacji jest dla ciebie dodatkowym zajęciem i nie łatwo jest cię zaprosić na warsztaty czy umówić się z tobą na lekcję?

I tak i nie. Są takie okresy, kiedy rzeczywiście kalendarz się kurczy, ale z reguły czasu mam więcej, niż mógłbyś przypuszczać. Tak jeśli chodzi o koncerty, jak i warsztaty.

Propozycji warsztatów jest coraz więcej i mnie to cieszy, lubię ten kontakt, bardzo mnie on inspiruje i motywuje. To jest też ogromny wydatek energii, ale feedback z nawiązką mi to rekompensuje. Jeśli byli by chętni do zorganizowania warsztatów, jestem otwarty.

Jeśli zaś chodzi o lekcje, ja się nie czuję edukatorem. Ale rzeczywiście próśb o udzielanie lekcji jest mnóstwo. Więcej niż mógłbym przypuszczać. Na razie, odsyłam zainteresowanych z kwitkiem.

Jesteś endorserem marki DW. Zadowolony jesteś z wyboru DW i współpracy z Krystianem Czarneckim?

Dokładnie nie pamiętam, ale za chwilę będzie 10 lat, jak ze sobą współpracujemy. Więc znamy się już dość dobrze 🙂 . Moim zdaniem sposób, w jaki Krystian prowadzi markę DW Drums, jest wzorcowy, jeśli spojrzymy na rynek polski. Oczywiście ktoś powie, terminy realizacji, braki na magazynie itd., ale ja wtedy powiem, spróbuj tym operować przez Ocean i nie nabijać cen kosztami transportu. To są dla mnie drugorzędne sprawy. To jest kwestia planowania swoich potrzeb. Pewne rzeczy muszą być na zamówienie i już. Dosłownie kilka, jeśli nie jedną firmę dystrybucyjną stać na pełne magazyny. DW to marka przede wszystkim customowa. Bębny zamawia się indywidualnie. Ale nie chcę być adwokatem kogokolwiek. Mamy z Krystianem dobry „przelot”. Czasem się różnimy, ale zwykle dość dobrze rozumiemy. Krystian bardzo mi pomógł na początku naszej relacji z DW, mam nadzieję, że z nawiązką odpłaciłem się swoją lojalnością.

Co do samych instrumentów. Relacja z ludźmi to jest endorsement. Nie instrumenty. W prawie każdej topowej firmie znajdziesz wybitnie brzmiący instrument. Reszta należy do Ciebie. Ale jeśli Twoją lojalność, czy potrzeby, dystrybutor będzie miał gdzieś, w końcu jakiś rodzaj frustracji się pojawi. Ja wybrałem DW, bo mnie zaskoczyły swoim brzmieniem. Szukałem tłustych punchowych bębnów, z możliwością wręcz nienaturalnie niskiego stroju. do tego potrzeba znakomitego wykonania. DW jest wykonane wybitnie. Widziałem fabrykę, znam Johna Gooda, wiem o tych bębnach sporo. Oczywiście, nic nie jest na całe życie i nie wiadomo, co owo życie przyniesie, ale DW Drums robi znakomite, czasem wybitne zestawy bębnów. Dbałość o detal jest tu niewiarygodna. No i hardware. Jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy na świecie.

Jestem też endorserem blach Istanbul Agop. Tu obowiązuje mnie kontrakt „A”. Czyli optymalny dla muzyka na świecie. Jest to sytuacja, której życzę absolutnie każdemu muzykowi. Nie jest to jedynie kwestia kosztów, ale przede wszystkim bezpośredniej relacji z Istanbul Agop, co pozwala omijać zatory dystrybucyjne i daje możliwość wyboru konkretnych talerzy, np. w fabryce.

Ale i tu nie bez znaczenia jest fakt, że faceci z Agopa, to przedobrzy ludzie, świetni fachowcy i muzycy, ale przede wszystkim prawdziwi przyjaciele. Mamy  znakomitą relację i partnerską umowę. Widujemy się częściej niż z niejednym polskim dystrybutorem. Temat genialnych blach zostawmy na kiedy indziej :-).

IMG_6491

Czy używasz różnych konfiguracji w zależności od projektu, w jakim grasz, czy masz jeden stały set i niezmiennie się go trzymasz?

Mam tę możliwość, że mogę dobierać instrumenty pod kątem wykonywanej muzyki. Długo na to pracowałem i kosztowało mnie to sporo wyrzeczeń, ale wyznaje zasadę, że chcę dać Artyście z którym pracuję, najlepsze co mam. Brzmienie jest dla mnie podstawą i nie traktuje sprzętu po macoszemu. Oczywiście, mogę też zagrać na wszystkim, ale jeśli jest wybór? Mam swoje dość specyficzne brzmieniowe zapatrywania, dlatego potrzebuję do tego odpowiednich narzędzi do pracy.  Z Moniką mój set ewoluował wraz z muzyką, którą graliśmy na przestrzeni tych prawie szcześciu lat. W tej chwili, w nowym materiale, gram bardzo otwartym brzmieniem klonu, organicznym, jest w nim dużo rezonansu takiego naturalnego wybrzmienia, pełnego alikwotów. Z Sorry Boys używam z kolei ciepłego punchowego, prawie bez atakowego brzmienia mahoniu z topolą. Takiej vintage’owej kombinacji. Z Natalią stroję się ciut wyżej i mam mniejsze tomy, żeby odsłonić dół i uciec troszkę z pasma syntezatorów i basu. To chyba taki najbardziej „sportowy” mój zestaw. Też z klonu. Jest sporo możliwości i staram się je wykorzystywać świadomie. W końcu raz się żyje, bawmy się też trochę przy tym.

Skoro mówimy o sprzęcie, to zapytam cię jeszcze o pałki. Jakie znaczenie ma wybór odpowiednich pałek dla siebie, w jaki sposób dobierasz idealną parę dla siebie, jakie szczegóły mają znaczenie?

Nie masz wrażenia, że to trochę jak z przejażdżką autem kumpla? Czyjeś zwykle wydaje się być „lepsze”. Pałki muszą mieć swoją wagę i długość. Mam długie ręce i dźwignia jest inna. Wolę dłuższe pałki. Ale kluczowe jest dla mnie lakierowanie, lub malowanie. Pałki w naturalnym wykończeniu „lecą” mi z rąk. A bardzo nie lubię się trzymać pałki. Blokuje to aparat, który i tak zawsze jest do poprawy 😉 . Od lat jestem wierny Vic Firthowi, walczę SBRem czyli sygnaturą Buddyego Richa z drewnianą główką.

Projekt w Lubrzy - Studio

Maćku, czy jest jeszcze coś czego nie zrobiłeś w muzyce, bo ja mam wrażenie, że ty osiągnąłeś już wszystko?

Znów pomyślisz, że kokietuję. Ja mam wrażenie, jakbym nic nie zrobił. Mam głód pracy. Nagrywania, koncertowania, rozwoju. Zastoje, a jest ich sporo, staram się wykorzystywać na swój rozwój. Ale chętnie gram z nowymi, często młodymi artystami. To jest świeże, ożywcze, bezkompromisowe. Mam szczęście od lat do śpiewających kobiet. Jakiś czas temu Marzena Ugorna, zaprosiła mnie do koncertu Blues Symfonicznie. Bardzo dla mnie ożywcza praca. Poważne aranże na orkiestrę, „kwity” , praca z dyrygentem. Bardzo rozwijające, szczególnie, że z racji obowiązków z rzadka takie granie wpadało mi w ręce. Duża nauka. Ogromna przyjemność.

Chciałbym robić ile pozwoli czas i zdrowie. Czuć progres. Od czasu do czasu poczuć się dla kogoś ważnym na scenie, mieć poczucie spełnienia. To jest paliwo dla naszego „ego”. Kto zrozumie ten mechanizm, ten dostanie od swojego muzyka więcej niż przypuszcza. Nie na darmo mówi się, że człowiek doceniony, zrobi więcej niż oczekują.  A czy osiągnąłem wszystko? niech Bóg broni od takiego stanu, tyle jest jeszcze do zrobienia.

Wielkie dzięki za wywiad ;-)…

To ja dziękuję Pawle, to duże wyróżnienie.

 

Rozmawiał: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: archiwum Maciek Gołyźniak

Radek Owczarz… Gadająca Owca ;-)…

 Wiele lat czekałem na taki wywiad i wreszcie się doczekałem tej wyjątkowej chwili. Oczywiście trzeba szczęściu trzeba pomóc, ale na pewne sytuacje nie mamy wpływu, niektóre muszę się wydarzyć, może przypadkiem, może dzięki przeznaczeniu, ale muszą mieć naturalnie swój czas. Ten czas nadszedł i bardzo się cieszę, że mogę gościć w moich dziennikarskich progach tak szczególnego muzyka/perkusistę polskiej sceny rozrywkowej.

Jest nim człowiek, którego najczęściej zapraszają jako muzyka sesyjnego w naszym kraju polskie gwiazdy, a na stałe również współpracuje z wieloma wyśmienitymi muzykami polskiej sceny. Czy aż tak bardzo da się lubić i za co? Jedni mówią, że to jeden z najlepszych groove masterów w Polsce, drudzy, że po prostu szalony i nie da się go nie lubić… a co mówią jeszcze inni? Nie ważne… 

          Nie należy do perkusistów, którzy wymiatają z lewej strony w prawą, do góry i w dół i jeszcze za siebie, grając w jednej minucie tysiące uderzeń. Nie jest typem artysty pchającego się na pierwsze  strony gazet, a mimo to jest jednym z najbardziej zapracowanych perkusistów w Polsce… Jako to robi?

Po prostu kocha grać na perkusji… 

Owczarz-Radoslaw-perkusja

Twoja kariera rozpoczęła się w bardzo młodym wieku, miałeś wtedy kilkanaście lat i wypłynąłeś na głęboką wodę. Pamiętasz dokładnie, kiedy to było i co wtedy grałeś?

Pochodzę z niewielkiego miasta, Jelcz-Laskowice ,pod Wrocławiem. Urodziłem się  w 1978 roku ,więc na moje dzieciństwo przypadały dość „szare czasy”. Jedyną opcją było granie w piłkę i chodzenie po drzewach. Ale dzięki mojemu tacie, który był perkusistą, po raz pierwszy usiadłem za bębnami, miałem wtedy trzy lata. Tak się to wszystko zaczęło. Właściwie ten moment był kamieniem milowym mojego przyszłego życia. Pojawiła się wartość dodana, łut szczęścia, coś, co pozwoliło mi wyrwać się z tej szarej strefy. Oczywiście teoretycznie, nie sądziłem wtedy, jak ciężka czeka mnie droga.

W skrócie.

Do 15 roku życia, grałem w lokalnych Jelcz-Laskowickich kapelach. Na szczęście miejscowość, w której żyliśmy, nie wydała na świat wielu perkusistów, więc byłem „rozchwytywany” :-). Jednym bandem grałem punk-a, z drugim bluesa /z tym zespołem w 95r. miałem przyjemność wystąpić w katowickim Spodku, na festiwalu Rawa Blues/ , a z innymi rocka itd. itp.

W pewnym sensie skonfigurowało mnie to jako perkusistę, do dziś obracam się w takich właśnie gatunkach.

W wieku 15, 16 lat podjąłem decyzję o wyjeździe do Wrocławia i spróbowaniu swoich sił na tamtejszej scenie muzycznej. I tu znów pomogło mi szczęście, ponieważ trafiłem tam na wspaniałych muzyków, którzy bardzo mi pomogli i wprowadzili mnie w ten wtedy bardzo prężny światek.  Wszystko, co działo się dalej, z roku na rok nabierało większego tempa, coraz więcej koncertów, zespołów, projektów i oczywiście większych marzeń :-). Po kilku latach spędzonych we Wrocławiu, za namową kolegi, przeprowadziłem się do Warszawy. Mieszkam tu od kilkunastu lat i wciąż gram na bębnach :-).

Byłeś poukładanym chłopcem i słuchałeś się rodziców, czy raczej byłeś typem buntownika, czyli pałki w plecaku, włóczenie się po klubach i rock’n’roll?

Raczej to drugie… ale bez przesady.

W sumie, musiałem być zorganizowany, ćwiczenie na bębnach i sport wymusiły na mnie pewnego rodzaju systematyczność :-). Z drugiej strony, wcale grzecznym chłopakiem nie byłem :-).

Sukcesy w twoim życiu zawodowym przyszły bardzo szybko, a jednym z nich był program rozrywkowy BAR. Napisałeś muzykę dla tego programu i grałeś w nim z swoim zespołem, a więc pojawiły się niezłe pieniądze. Ogromna odpowiedzialność na barkach młodego chłopaka. Czułeś wtedy, że chwyciłeś Boga za nogi?

Patrząc na to z perspektywy, granie w „Barze” było dla nas dużym doświadczeniem, 99% programów odbywało się na żywo, co najmniej 5 razy w tygodniu, w pięciu, czteromiesięcznych seriach. Poznaliśmy od podszewki, na czym polega praca w takich okolicznościach i jak cenny jest czas antenowy :-)…

Jak długo trwała twoja przygoda z Barem i czy realizowałeś w między czasie jakieś inne projekty?

W trakcie trwania programu zadzwonił do mnie Wojtek Olszewski, basista, z którym graliśmy we Wrocławiu, w różnych projektach. W tym czasie pracował już w Warszawie z Renatą Dąbkowską i zaproponował mi dołączenie do jej zespołu 🙂 Nie zastanawiałem się długo, postanowiłem połączyć życie wrocławskie z życiem w stolicy. Nie było to łatwe, ale czułem szanse na rozwój .

Wolisz pracować sesyjnie czy na stałe z zespołem, co daje ci więcej satysfakcji?

Formalnie są to dwa różnie światy, będąc członkiem zespołu, jesteś współodpowiedzialny za wszystko, od muzyki, którą tworzymy, po standard hotelu, w jakim będziemy mieszkać.  W OCN, zespole, w którym mam przyjemność grać, ustanowiliśmy ustrój zwany demokracją kontrolowaną :-). Maciek ma pakiet większościowy, co w praktyce oznacza, że w sytuacjach spornych, on ma prawo wyboru ostatecznego :-).

Praca side-man’a niesie za sobą również dużą odpowiedzialność, ale koncentruje się ona głównie wokół muzyki . Mam to szczęście, że pracuję z artystami, którzy potrafią stworzyć bliższą atmosferę, niż tylko chłodne, zawodowe relacje pracodawca-pracownik. Myślę, że przekłada się to na poziom muzyczny zespołu, daje poczucie pewnej swobody, która otwiera furtkę na wprowadzenie odrobiny własnej osobowości w dźwięki. Dla mnie jest to również świadectwo zaufania i szacunku dla instrumentalisty.

1

W pewnym momencie nastąpiły zmiany i przyjechałeś do Warszawy. Czy było to konieczne dla ciebie?

Tak. Dla mojego rozwoju i życia osobistego był to kamień milowy.

Myślisz, że Warszawa to jest to złote miejsce, gdzie wszystko się dzieje i trzeba się spakować i tam wyjechać, żeby zrobić karierę, rozwijać się i spełniać muzyczne marzenia, czy trzeba robić swoje, być profesjonalistą i czekać na szczęście?

Czekanie na szczęście jest jak czekanie na Godota, może się nigdy nie pojawić :-)…

Ponadto, marzenia są bardzo subiektywne, moje wiązały się z wyjazdem do Warszawy, ponieważ jedynie tam mogłem je zrealizować.

Twoja najzabawniejsza historia, którą przeżyłeś w trasie koncertowej, podczas nagrania w studio lub w trakcie podróży na koncert lub do studia?

Na jedno z nagrań nie spakowałem tomów. Miałem przy sobie około 20 werbli, ze 100 blach, a nie wziąłem tomów. Na szczęście zorientowałem się przy wypakowywaniu gratów, zmówiłem taksówkę, która dowiozła mi je do Sulejówka, do studia i skończyło się happy endem. Fuks polegał na tym, że trzymałem sprzęt u kolegi, w jego prywatnej sali prób, dzięki temu wiedział, co spakować :-)…

Ciekawi mnie bardzo, jak wygląda twoje przygotowanie do nagrania sesyjnego. Np., dzwoni do ciebie Beata Kozidrak i wtedy już wiesz, że do tego nagrania musisz zabrać taki zestaw bębnów, taki zestaw talerzy, taki werbel, takie naciągi, żeby to brzmiało idealnie do tej muzyki?

Zwykle kontaktuje się ze mną producent płyty, nagrania i ustalamy szczegóły, począwszy od instrumentarium skończywszy na wynagrodzeniu lub odwrotnie :-). Czasem wysyła mi nagrania, czasem nie, zwykle i tak cała praca ma miejsce w studio. Często zainspirowany jakimś brzmieniem potrafi przewrócić piosenkę do góry nogami i w rezultacie piosenka ma kilka wersji, ale to już nie moje zmartwienie :-).

Jadąc na nagranie, hołduję zasadzie -„lepiej mieć więcej ,niż mniej”, oczywiście sprzętu .

Dlatego moje auto zawsze jest zapakowane na maksa, często cierpi na tym mój kręgosłup, ale czego nie robi się dla sztuki.

5

A muzycznie, rozpisujesz sobie utwory w domu i trenujesz czy przyjeżdżasz do studia, słuchasz numeru, spisujesz i nagrywasz?

Stosuję swój autorski zapis, jest bardzo prosty i dla mnie, najbardziej czytelny.

Kontynuujmy sesyjne granie. Gdybym przyszedł do ciebie i zapytał się, co muszę zrobić, żeby zostać sesyjnym muzykiem, co byś mi doradził?

Słuchaj radia :-).

Jesteś jednym z najbardziej zapracowanych muzyków w Polsce, więc tym bardziej cieszę się, że znalazłeś czas, żeby porozmawiać. Czy zawsze byłeś tak zapracowany czy to przyszło z czasem?

W tej chwili najważniejszą rzeczą dla mnie jest zachowanie balansu między pracą a rodziną. Dawniej wyjeżdżałem z domu, w trasę na dwa miesiące i myślałem, że tak właśnie chcę żyć, chciałem tylko grać na bębnach i to mi wystarczyło. Dzisiaj jest inaczej, tęsknoty za synem nie da się niczym zaspokoić, dlatego balans pracy i czasu wolnego jest tak ważny.

Zauważam, że ci, którym się udało, mówią – trzeba pracować i jeszcze raz pracować i reszta przyjedzie sama, ale ci, którym się dotychczas nie udało, często mówią – cholera, nie mamy szczęścia. Wychodzi na to, że punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Co ty o tym myślisz, co według ciebie wpływa na sukces, jest jakaś złota reguła?

10%talentu, 70%pracy, 10%szczęścia

Jesteś już bardzo długo na scenie, przeżyłeś wiele i w sumie mógłbyś powiedzieć dość. Miałeś kiedyś taki moment, że chciałeś zmienić swoje życie zawodowe o 180 stopni i zacząć robić coś całkiem innego?

Gdybym nie był tak uparty, na pewno już dawno rzuciłbym granie na bębnach!

owczarz-radek3

Kiedyś byłeś bardzo dobrze zapowiadającym się sportowcem, a jednak ostatecznie wybrałeś muzykę, spory przeskok. Co przeszkodziło ci w sportowej karierze?

Kontuzje. Wielu z moich kolegów przeżyło życiowe tragedie z tego powodu. Ja, na szczęście, miałem jeszcze granie na perkusji. Myślę, że właśnie uprawianie sportu wypracowało we mnie tą upartość w dążeniu do celu.

Myślę, że wszystko co dzieje się w życiu człowieka, ma jakiś sens, więc ja się cieszę, że zostałeś perkusistą,  bo przynajmniej mamy solidny groove na polskim rynku, Groove jakich dzisiaj mało…

Groove nieznanego żołnierza :-)…

Oprócz sesyjnych nagrań i koncertów, pracujesz z kimś obecnie na stałe?

Od wielu lat pracuję z Edytą Bartosiewicz i Patrycją Markowską. Niedawno zacząłem współpracę z Beatą Kozidrak w jej solowym projekcie, z którym jesteśmy w trakcie nagrywania płyty, oraz z Janem Borysewiczem i Wojtkiem Pilichowskim, w zespole Jan Bo., z którym również kończymy rejestrację nowego albumu.

Oprócz pracy z wymienionymi artystami, jestem członkiem zespołu OCN, razem z moim przyjacielem Maćkiem Wasio i wieloletnim kolegą Michałem Kalecińskim. W tym roku wydaliśmy drugą płytę zespołu, pt. Demon i karzeł.

W wolnych chwilach, kiedy nie nagrywasz i nie grasz koncertów, prowadzisz warsztaty perkusyjne, m.in. w Jaworkach. Czego najczęściej oczekują od ciebie uczestnicy, nad czym najwięcej pracujecie lub co jest największą zmorą młodych perkusistów, których ego, bardzo często bywa większe od umiejętności?

Fakt że młodzi ludzie, w niektórych wypadkach, jadąc przez całą Polskę, potrafią poświęcić cenny czas i ciężko zarobione pieniądze na spotkanie z wykładowcami i robią to dla zdobycia wiedzy, zasługuje na wielki szacunek. Możliwość rozmawiania, uczenia się i jamowania z najlepszymi muzykami w Polsce daje im naprawdę niepowtarzalną możliwość zrozumienia, przynajmniej po części, na czym polega życie i bycie muzykiem. Jedyny haczyk polega na tym, że wiedzę tą muszą potrafić wykorzystać. Rozwijając tę myśl, nawet najlepszy nauczyciel nie spowoduje tego, że zaczną z dnia na dzień grać lepiej. Jedyną metodą jest wykorzystanie zdobytej wiedzy podczas pracy nad sobą, w ćwiczeniówkach, w kontaktach z innymi muzykami, na scenie czy w studio.

6

Co najbardziej jara cię w graniu na perkusji i w jaki sposób troszczysz się o swoja grę, żeby była płynna, czysta i osadzona jak należy?

Granie na perkusji jest integralną częścią mojego życia, a w nim staram się utrzymać balans. Balans między rodziną, muzyką, ćwiczeniem, trasami, imprezami… itd.

Na koniec chciałbym zapytać, gdzie można cię spotkać w najbliższym czasie, koncerty, warsztaty?

Zapraszam na koncerty z artystami z którymi mam przyjemność współpracować, czyli Patrycja Markowska, Edyta Bartosiewicz, Jan Borysewicz /Jan Bo/, Beata Kozidrak /solo/.

Jeszcze raz wielkie dzięki, że znalazłeś czas, żeby porozmawiać ;-)…

Dziękuję i pozdrawiam czytelników Twojego bloga :-).

 

Materiał zrealizował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: archiwum Facebook, Google, Zidjian Day.

 

Tomek Machański

          Dzisiaj coraz trudniej usłyszeć od młodych perkusistów, że Phil Collins to człowiek, który zmienił mój świat, a wręcz przewrócił go do góry nogami. Zespół Genesis to dzisiaj już klasyka na rynku muzycznym, ale bez tej grupy i Phila, nie byłoby Tomka Machańskiego.

Grunt to mieć dobre wzorce pobudzające nasze fantazje o zostaniu artystą. Dla Tomka to był idealny strzał, który wprowadził go w muzyczny świat już od najmłodszych lat. Dodatkowym atutem są jego wspaniali rodzice, którzy również są artystami i dlatego też w jego rodzinnym domu nigdy nie brakowało dobrej muzyki.

Miałem przyjemność poznać Tomasza bliżej na Warsztatach Muzycznych w Jaworkach w zeszłym roku, gdzie spędziliśmy cały tydzień na rozmowach i ćwiczeniach. Tomek jest absolutnym profesjonalistą, traktuje to, co robi, absolutnie poważnie, ale z uśmiechem na twarzy. Jest wszechstronnym muzykiem i nie boi się wyzwań.

Obecnie współpracuje z Wojtkiem Pilichowskim, uczy w prywatnej szkole perkusji DrumSetPro School, jest wykładowcą na warsztatach w Muzycznej Owczarni w letniej i zimowej edycji oraz studiuje na Akademii Muzycznej.

Tomek wychował się na muzyce, która dzisiaj jest już dla nas klasyką, jednak świetnie idzie mu rozwijanie się w nowoczesnej stylistyce. Radzi sobie doskonale z nowoczesnym światem dźwięków i rytmów, chłonąc nowinki muzyczne i technologiczne. Doskonale wie czego chce i podąża swoją drogą konsekwentnie, będąc w 100% sobą.

big foto

Tomku, jak rozpoczęła się twoja przygoda z muzyką, czy to tradycja rodzinna, czy po prostu pokochałeś muzykę?

Na pewno tradycja rodzinna – mam rodziców wokalistów, obydwoje ukończyli Akademię Muzyczną w Katowicach na wokalistyce. Mama rozrywkę, a tata klasykę.  Nie mogę jednak zaprzeczyć, że pokochałem muzykę – już od najmłodszych lat byłem „karmiony” programem MTV oraz rozmaitymi płytami największych wykonawców muzyki rozrywkowej i klasycznej. To właśnie w MTV zobaczyłem m.in. mojego pierwszego bohatera – Phila Collinsa.

Pamiętasz ten moment, kiedy poczułeś, że chcesz grać na perkusji?

Moje zamiłowanie do perkusji narodziło się w momencie obejrzenia koncertu Phila Collinsa z drugiej solowej trasy – No Jacket Required – z Dallas w Texasie z 1985 roku. Genialny i energetyczny koncert, podczas którego Phil zauroczył mnie swoją charyzmatyczną grą na perkusji. Był to mniej więcej rok 1992. Oczywiście koncert nagrany na kasecie VHS zdobyli od znajomych rodzice. Dodatkowo na kasecie znajdował się też koncert z Perkins Palace z 1982 roku – z pierwszej trasy Phila Collinsa, po płytach Face Value i Hello, I must be going.

Wiem, że jesteś fanem Genesis, więc domyślam się, że to Phil Collins był twoją inspiracją, zgadza się czy nie trafiłem?

Dokładnie. Phil to moja pierwsza i chyba największa inspiracja, która tak naprawdę ciągle we mnie tkwi i motywuje do działania. To od Phila złapałem bakcyla do gry na perkusji, na instrumentach klawiszowych, a także do śpiewania.

Pierwszy zestaw?

Pamiętam do dziś. Kultowe Amati w bordowej okleinie, z werblem w złotej okleinie. Tomy 10×8, 12×10, 13×11, 14×12, floor tom 16×16, stopa 22×14, werbel 14×5,5. Do tego zestaw blach Amati – hihat 14”, crash 16”, Ride 22” (one pochodziły z wyższej serii Amati) oraz dokupione po około pół roku ride 19” i splash 12”. Zestaw ten dostałem
w Mikołajki w 1993 roku – miałem wtedy 5 lat.

1

Widziałem twoje zestawy w rodzinnym domu i zrobiły na mnie ogromne wrażenie, poczułem się przez chwilę, jakbym był w domu Phila Collinsa – wow! Jak ty to ogarniasz?

Cenię sobie różne możliwości brzmieniowe, stąd ta „gromadka”. Ponieważ zakładam
w swoim warsztacie jak największą wszechstronność, to dlatego też uważam, że powinienem mieć możliwość rozwijania różnych kierunków muzycznych właśnie dzięki różnorodnie brzmiącym zestawom bębnów, blach, a także dzięki różnorodnym narzędziom w postaci rozmaitych pałek, miotełek, rodsów, pałek z filcami i innych. Wbrew częstym pytaniom moje rozstawione na stałe instrumenty to nie muzeum, tylko właśnie warsztat rozwoju umiejętności.

Jesteś absolutnym pasjonatom?

Zdecydowanie tak. Oddanie muzyce, instrumentom, całej sztuce, warsztatowi to coś, co sprawia mi ogromną przyjemność i co nieustannie chcę rozwijać.

Czy oprócz perkusji, grasz jeszcze na jakiś instrumentach, komponujesz?

Tak. Również zainspirowany przez Phila Collinsa zacząłem ćwiczyć grę na instrumentach klawiszowych, a później na gitarze basowej. Komponuję, aranżuję,
a nawet czasem produkuję rozmaite utwory. Obecnie jestem w trakcie przygotowywania materiału dla młodego wokalisty Tymka Brzezińskiego. Jestem autorem muzyki
i tekstów, a także odpowiadam za aranżacje i produkcję utworów. Ostatnio mieliśmy ogromną przyjemność nagrywać pierwszy utwór w studiu MAQ Records w Wojkowicach – oprócz mnie grającego na perkusji i instrumentach klawiszowych pojawili się Kosma Kalamarz na gitarze basowej oraz Przemek Hanaj na gitarach. Całość realizował Maciek Stach.

Porozmawiajmy o warsztatach w Muzyczej Owczarni w Jaworkach. Rozpoczynałeś jako uczeń, a teraz jesteś tam wykładowcą. Opowiedz mi o tej przygodzie, bo jestem bardzo ciekawy tej historii.

Wszystko zaczęło się w bodajże 2007 roku, kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Jaworek na warsztaty, zachęcony przez Kamila Barańskiego – ówczesnego wykładowcę klasy instrumentów klawiszowych, a także dowódcę combo bandu akompaniującego wokalistom. Był to ostatni rok, kiedy warsztaty miały tylko jedną turę. Zapisałem się wtedy na zajęcia z perkusji. Pod czujnym okiem Tomka Łosowskiego i Artura Malika spędziłem intensywny tydzień pracy nad techniką. Następnego roku pojawiły się już dwie tury – wtedy zapisałem się na perkusję oraz na instrumenty klawiszowe (klasę instrumentów klawiszowych prowadził Łukasz Kowalski). Podczas warsztatów zostałem zaproszony na kolejny rok przez Marka Radulego do combo bandu. Było to dla mnie ogromne wyróżnienie, za które jestem do dziś bardzo wdzięczny. Kolejne lata to intensywna praca w zespole akompaniującym wokalistom, gdzie przerobiliśmy ogromne ilości piosenek, zdobywając tym samym kolejne muzyczne doświadczenia.

Czy również tam nawiązałeś współprace z Wojtkiem Pilichowskim?

Dokładnie tak. Niecałe dwa lata temu Wojtek zaprosił mnie do współpracy w jego projekcie Pilichowski Band oraz do kadry warsztatów w klasie perkusji. To były kolejne ogromne wyróżnienia, za które jestem bardzo wdzięczny i które tym bardziej motywują mnie do działania.

4

Jak to było, polubiliście się i Wojtek zaprosił Cię do składu?

Wojtek wspominał, że już przez kilka lat mnie obserwował i postanowił dać mi szansę – zaprosił mnie do współpracy.

Jak układa się współpraca z Wojtkiem i jakie plany na przyszłość?

Współpraca przebiega świetnie. Jesteśmy po premierowym koncercie płyty Electro Step Live, nagranej w studiu Radia Szczecin. Koncert natomiast odbył się w klubie Chwila w Warszawie. Przybyło bardzo dużo ludzi, niesamowita energia i wspaniały odbiór. Co więcej – pojawiło się całkiem dużo „Jaworkowiczów”.

Jesteś bardzo aktywnym perkusistą. Studiujesz na Akademii Muzycznej
w Katowicach, współpracujesz z Wojtkiem Pilichowskim, uczysz gry na perkusji w DrumSetPro School i prowadzisz warsztaty w Muzycznej Owczarni w Jaworkach. Jak Ty to wszystko godzisz?

Nie jest to łatwe zadanie, tym bardziej że dochodzi do tego jeszcze życie prywatne, które też jest dla mnie bardzo ważne. Muszę przyznać, że czasu na rozrywkę i odpoczynek
w zasadzie nie mam. Na wakacjach nie byłem już ponad dwa lata, gdzie wcześniej co roku odwiedzałem jakieś miejsce chociażby na tydzień. Mimo tego absolutnie nie narzekam! Jest to moim zdaniem naturalna konsekwencja tak przyjętych na siebie zobowiązań oraz chęci rozwoju muzycznego.

Zadowolony jesteś z Akademii Muzycznej w Katowicach?

Bardzo. Jest to dla mnie odkrywanie kolejnych interesujących mnie aspektów gry na perkusji. Ale nie tylko. Z racji, że gram na instrumentach klawiszowych, to przedmioty takie jak improwizacja czy harmonia są dodatkowym poszerzeniem mojej wiedzy
i umiejętności.

Zanim rozpocząłeś studiowanie na Akademii, studiowałeś wcześniej na GWSH w Katowicach – Piotrowicach i masz tytuł magistra z marketingu. Czy to twoje ukryte zainteresowanie marketingiem czy po prostu takie studia wybrałeś, żeby mieć zabezpieczenie w życiu zawodowym poza muzyką?

Jest to dla mnie jakieś zabezpieczenie, bo nigdy wielkim pasjonatom marketingu nie byłem, mimo że przepracowałem kilka lat na stanowisku marketing manager w sieci Stylehotels. I było to bardzo przydatne doświadczenie. Mimo tego oczywiście pasja jest dla mnie jedna i jest nią muzyka, dlatego postanowiłem podjąć studia w Akademii Muzycznej i jeszcze bardziej poszerzać horyzonty.

Porozmawiajmy o warsztatach, ponieważ zimowa edycja zbliża się wielkimi krokami. Czym różnią się letnie od zimowych warsztatów w Jaworkach?

Podstawowy cel jest oczywiście jeden dla obu edycji, by edukować i rozwijać zainteresowania warsztatowiczów. Różnice jednak występują. Edycja zimowa jest zdecydowanie bardziej kameralna. Pracujemy bardzo dużo w grupach – zespołach, pracując nad utworami i zwracając uwagę na dobre partie instrumentów, ciekawe aranże, dobre zgranie na scenie. Oczywiście czas na indywidualne konsultacje techniczne też jest. W lecie natomiast mamy dwie tury, dużą ilość uczestników, więcej zajęć w klasach poszczególnych instrumentów.

3

Jaka jest cena i jak długo trwają zimowe warsztaty w Jaworkach oraz czego mogą się spodziewać warsztatowicze, którzy przyjadą rozwijać swoje umiejętności?

Całkowity koszt to 1200 zł, który obejmuje warsztaty, noclegi, wyżywienie
i ubezpieczenie. Zimą mamy jedną turę, czyli tydzień. Warsztatowicze na pewno mogą liczyć na ogromną porcję niezbędnej wiedzy, ale także na świetną zabawę w bardzo miłej atmosferze!

Często zadaje to pytanie, ponieważ każdy z nas jest inny, jedni lubią emocje związane z sceną, a drudzy poświęcają się edukacji. Co ty lubisz bardziej, grać czy uczyć?

Jestem ogólnie bardziej nastawiony na granie niż edukowanie, aczkolwiek w zasadzie obydwie rzeczy wykonuję na bieżąco – w równej ilości. Czuję się świetnie
w roli muzyka, ale równie dużą frajdę sprawia mi uczenie. Lubię dzielić się swoimi doświadczeniami z ludźmi, którzy pragną rozwijać swoje talenty i pasje.

Wróćmy jednak do sceny. Wojtek jest dzisiaj doceniany przez cały świat, z czego jestem bardzo dumny, bo to jeden z powodów do bycia dumnym Polakiem, ale są to solowe występy. Interesuje mnie, czy z zespołem zapowiada się jakiś wyjazd do Stanów czy na razie nic nie wiesz na ten temat?

Na razie nie ma zaplanowanego żadnego wyjazdu ani PiBandu, ani PiTrio do Stanów.

Jak wyglądała ostatnia trasa z Wojtkiem w Polsce, jesteś zadowolony
z przebiegu, frekwencji, muzycznie i czy kluby nie zawiodły?

Bardzo! Publika dopisała praktycznie na każdym koncercie.  Zawsze byliśmy bardzo ciepło przyjmowani, zagraliśmy dużo koncertów. Ostatnia trasa odbyła się z Pilichowski Trio, czyli Wojtek Pilichowski na basie, Michał Trzpioła na gitarze i ja na perkusji. Część starszych utworów, a także kilka nowych, które również spotkały się z dużym entuzjazmem publiki. Nad nowym materiałem pracowaliśmy u naszych znajomych
w Winnicy De Sas w Czeszycach.

Twoja ulubiona płyta, która nigdy się nie znudziła i nie znudzi, każdy taką ma. Jaka jest twoja?

Nie ukrywam, że będąc melomanem, mam dużo faworytów, ale moim absolutnym faworytem jest Phil Collins Live In Dallas, Texas 1985, czyli przywołany przeze mnie wcześniej koncert. Będę z Tobą bardzo szczery – jako dziecko oglądałem go przynajmniej raz dziennie przez kilka lat – reasumując, obejrzałem go już jakieś… kilkaset razy? A może i więcej. I ciągle do niego wracam. Drugim faworytem jest Three Sides Live grupy Genesis z 1982 roku.

5

O czym dzisiaj marzy Tomek Machański?

Marzę o wielu rzeczach. Po pierwsze o wakacjach albo chociaż jakimś krótkim urlopie – choćby weekend w górach bez telefonu i łączności ze światem. Czy to możliwe…? Hehe, oby! Marzę również o szczęśliwym życiu z moją narzeczoną, z którą w przyszłym roku biorę ślub (życie jak na razie układa się fantastycznie – marzę o utrzymaniu tego stanu). Zacząłem ostatnio myśleć o swojej autorskiej płycie, która też jest jednym z moich marzeń. Marzę także o nieustannych inspiracjach i rozwoju muzycznym, o braku „zastojów” czy innych blokad – chociaż wiadomo, wszędzie musi być zachowany umiar, żeby się nie przegrzać!

 

Materiał przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: archiwum Tomek Machański

 

Tony Royster jr… Pozamiatane!

          Po dzisiejszym pokazie Tony’ego Roystera jr’a, trudno tak po prostu wrócić do domu, przebrać się w ciepłą piżamę, położyć się do łóżka i zasnąć bez chwili zastanowienia się, co przed chwilą mnie spotkało. Czy to spełnienie marzeń czy sen? Wracając z niesamowitego koncertu, w głowie miałem jedno – spisać spontaniczne myśli i emocje, które wdarły się we mnie na warsztatach.

Nie należę do tych, którzy głupio komentują, czy czepiają się jakiś banałów, lecz przeżywam każdy pokaz, jakby był moim pierwszym i cieszy mnie ta niekończąca się frajda z przeżywania muzyki oraz ciągłego uczenia się od lepszych i najlepszych – frajda ciągłego odkrywania muzyki…

Wydaje się to zwariowane, ale taka jest prawda. Uczymy się całe życie, ciągle doskonalimy nasz warsztat, rozmawiamy, analizujemy, wyciągamy to co dla nas najlepsze, kreujemy swój wizerunek i dbamy o przyszłość, bo sukces to nie chwilowa frajda lecz obowiązek na całe życie. 

DSC04281

Jakie wrażenia po dzisiejszym drum show? Nie jestem mega fanem Tony’ego ani nie oglądam go codziennie kopiując jego grę, bo nie w tym rzecz, ale jest jednym z moich ulubionych perkusistów z całego świata, który wpłynął na moją grę 13 lat temu i bardzo lubię jego grę. 

Wybrałem się na pokaz, ponieważ chciałem na żywo zobaczyć jak zamiata swoje przewroty w kosmicznych tempach i jak bębny potrafią piszczeć z bólu od jego uderzeń… Jedno jest pewne – bębnów Tony’emu nie pożyczę bo rozniósłby mi je w drobny mak ;-)…

Tony to bardzo sympatyczny i wesoły człowiek, od początku można było wyczuć totalny luz, który udzielił się całej sali. Po pierwszej solówce musiałem złapać oddech, żeby poskładać jego milion uderzeń i przemyśleć o co chodzi w jego graniu…

Jego gra na bębnach to szalony i bardzo widowiskowy styl,który przypadł mi do gustu już dawno, a dzisiaj się to potwierdziło w Krakowie. Bardzo się cieszę że mogłem podziwiać na żywo takiego wariata za bębnami ;-)…

DSC04278

Tony to bezkompromisowy wirtuoz bębnów i albo się go lubi albo nie i nie. 

Osobiście jestem zwolennikiem prostszego, nie znaczy łatwego grania i tłustego groovu, nawet jeśli chodzi o metal, który gram, ale Tony jest świetny i kłaniam się mu nisko, bo jest wielki, a jego swoboda, prędkość, siła i dynamika, zasługują na wielkie brawa i hip hop w jego wykonaniu, wbił mnie w krzesło ;-)…

Brawa należą się również Emilii Benedykcińskiej, Krystianowi Czarneckiemu, GEWA, DW, i wielu innym wspaniałym ludziom i markom, którzy przyczynili się do tego wydarzenia.

Bądźcie czujni, bo takich wydarzeń będzie coraz więcej…

DSC04282

Mały wielki człowiek Tony Royster jr.

Pozdrawiam,

Mr Sticky